
BBSy były zaledwie przedsmakiem tego co miało mnie niedługo spotkać. Smak internetu poznałem na Politechnice, gdzie oczywiście wszystkie pracownie były do niego podłączone. Każdą wolną chwilę, czy okienko można było spędzić na IRCu. Dla młodszego pokolenia – to taki czat do którego obsługi potrzebny był specjalny program. Istniało (istnieje w sumie nadal) wiele sieci połączonych serwerów, sieci zaś dzielą się na kanały. Niby nic wielkiego, a… to było pierwsze prawdziwe uzależnienie. Czemu? Bo stanowiło to SPOŁECZNOŚĆ.
No właśnie – to słowo klucz. Osoby po drugiej stronie ekrany były prawdziwymi bytami, osobami z krwi i kości. Widac było to wyraźnie podczas spotkań IRL, w moim przypadku spotkań kanału #warszawa organizowanych co wtorek w Zielonej Gęsi. A później znów tydzień i logowanie się na IRC. Niedługo później uzyskałem numer dostępowy do internetu – nie były one wtedy darmowe. Oprócz płacenia providerowi trzeba było płacić normalnie za impulsy… Nie było to tanie, ale co zrobić…

Minęły dwa tygodnie. Nie napisałem w tym czasie żadnej notki – czemu? Jak to czemu. Dałem sie pochłonąć przez onlajnowy świat. Prawie zupełnie. Ot taki mój mały eksperyment. I jak? Nadal bez rewelacji.
Na początku wspomnę tylko, że mój test Eve zbiegł się z wprowadzeniem dodatku Apocrypha, który diametralnie zmienił wiele spraw w grze. To co było dla mnie najważniejsze – developerzy chcieli lekko złagodzić krzywą nauki, tak więc tutoriale sa pełniejsze, a same początkowe dni wydają się łatwiejsze. Zmieniono też system tworzenia postaci – teraz nie trzeba podejmować decyzji na samym początku, rasa, czy przede wszystkim podrasa mają znaczenie czysto “rolplejowe”. Atrybuty można dowolnie “przelewać”, samemu tez wybiera się skille. Dzięki temu tworzymy postać z biegiem gry. Szkoda, bo etap tworzenia postaci to mój ulubiony w każym RPGu (dziwny jestem, nie? ;) ).

Długo czekałem na MMORPG, które nie będą się zbytnio różniły grafiką od gier tradycyjnych. Wiedziałem też, że dla wielu osób będzie to początek końca – początek życia online, koniec życia IRL. I tak dokładnie się stało – najgłośniejsza chyba gra tego typu – WoW, zbiera obfite żniwo. Każdy ma co najmniej jakiegoś znajomego który gra w WoW, a każdy zna co najmniej jednego znajomego znajomego, który jest uzależniony.
Ja znając swoją podatność na tego typu gry (kiedyś offlinowi Pirates Sida Meiera potrafiły mnie wciągać na kilka dni z rzędu, a raczej wyciągać – ze świata żywych. Więc do dopiero z grami online? Nie jestem specjalistą, więc nie będę używał specjalistycznych sformułowań, ale dodam, że czekałem na grę typu sandbox, czyli taką, w której nie chodzi tylko o wypełnianie misji, a po prostu o granie (jak w Cywilizację po zakończeniu objectivów, czy Transport Tycoon). Tylko chodziło mi o granie o wiele bardziej skomplikowane, o ZYCIE online. O interakcję z innymi, o tworzenie stosunków społecznych.