Nie byłoby tego wpisu gdyby nie mój ostatni wpis. Otóż niesiony falą nostalgii postanowiłem sprawdzić, czy jakieś stare przygodówki nie zostały przeniesione na iPhone. Wpisałem “Maniac Mansion” i oczom moim ukazał się… nie, nie las. Ukazało się Monkey Island. Gra przygodowa chyba tak ważna, jak wspomniane MM, czy Zak MacKracken.
Dwa poprzednie tytuły to właściwie początki gier przygodowych, pewnego rodzaju wyznacznik kierunku. Monkey Island to gra późniejsza, zrobiona już na nowym silniku SCUMM, w którą grałem w dość specyficznym momencie mojego życia, mianowicie w trakcie zdawania do liceum.
Jeśli spytalibyście mnie co wielkiego wydarzy się po Facebooku, to oczywiście powiem że nie mam pojęcia. A raczej pewności. Bo pewne pojęcie mam. A może po prostu pewien typ. Otóż od pewnego czasu coraz głośniej słychać o społecznościowych platformach geolokacyjnych. A cóż to takiego?
A mianowicie połączenie wykorzystania GPS, map google i platformy społecznościowej. Wyobraźmy sobie, że w miejscu w którym jesteśmy możemy storzyć obiekt odpowiadający rzeczywistemu (kino, bar, disco, sklep czy cokolwiek innego) a następnie się tam zalogować, czy raczej zameldować (check-in). I właśnie o to tutaj chodzi. A po co? No cóż, odpowiedż jak zwykle jest skomplikowana. Częściowo cel jest taki sam, jak w przypadku innych platform – po to aby podzielić się pewnymi informacjami ze znajomymi – tym razem nie jest to “myślę to i to”, tylko “jestem tu i tu”. Ale nie tylko. Całość może być rozwijana trochę jak gra, ale o tym za chwilę.
Kończę urządzanie domu. W związku z tym po pierwsze powinno pojawić się trochę notek – z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego że wreszcie ilość czasu nieco mi się zwiększy, po drugie dlatego że czas na ostatni i najlepszy etap remontu – wybór sprzętu :)
O części już pisałem, część już zakupiłem, przede mną pojawił się dylemat – co wykorzystać do kina domowego. I wybór padł tym razem na Mac Mini. Z kilku powodów.
Stało się. Po ponad roku procesu decyzyjnego (najdłuższego w moim przypadku – ever!) podjąłem wreszcie decyzję o telefonie. I jak się na razie okazuje – słuszną. Zdecydowałem się jednak na iPhone’a. Dla niektórych nie było to żadnym zaskoczeniem, odpowiem im tylko, że przecież równie dobrze mogłem rzucić monetą. Ale przecież zupełnie nie o to chodzi.
To dość ciekawe, bo w sumie jeszcze miesiąc przez zakupem telefonu szala mojej decyzji była bardzomocno wychylona w stronę Nexus One. Chciałem do niego dokupić klawiaturę i mieć możliwość korzystania z niego jako niemalże “mini ipada” ;). Ale potem wydarzyły się dwie rzeczy. Po pierwsze jeszcze raz zastanowiłem się nad tym z czego chcę w telefonie korzystać. Pomyślmy logicznie – ile razy będę musiał napisać na komórce dłuższy tekst? Ile razy nie wezmę wtedy ze sobą macbooka? To nie może przecież być wyznacznikiem…
Już za kilka dni wracam do Polski i zaczynam w pocie czoła urządzać dopiero co kupiony dom. Jest w stanie surowym, a więc można teraz bezkarnie kłaść kable, wiercić dziury i robić różne inne paskudne rzeczy na które później żona się nie zgodzi. Tak, tak, to problem dosyć popularny, na różnych forach dość często spotykam się z “my wife wouldn’t let me place any cables” :D
Ale aby położyć kable trzeba mieć PLAN. I pomysł. O filmach już pisałem w poprzedniej notce (choć będę jeszcze pewnie kupował rzutnik), teraz czas zastanowić się nad muzyką. Po pierwsze tylko teraz – jak już pisałem – mogę rozplanować rozmieszczenie różnych elementów tak aby potem nie niszczyć domu (lub nie zamieniać go w nerd-room), po drugie gdy bierze się kredyt na remont domu, różne gadżety nie bolą finansowo aż tak bardzo :) A więc – MUZYKA!