Mniej więcej rok temu napisałem dwie notki o tym jak uwolniłem się od odtwarzania filmów na komputerze. Jedna traktowała o multimedialnej obudowie dysku Dvico Tvix, druga o głośnikach Logitech Z-5500. Nie będę się powtarzał, dodam tylko krótko – uwolnienie jak największej ilości multimediów z komputera to mój cel ostateczny. Obsługiwanie muzyki i filmów bezpośrednio z kompa, za pomocą klawiatury i myszki śmierdzi dla mnie studenckimi czasami i nerdami. Zresztą na specjalistycznych forach takie ustawienia nazywa się “dorm room setup” czyli “konfiguracjami z akademika” :) Nie zrozumcie mnie źle, pewnie spora część z was tak właśnie ogląda multimedia, czy słucha muzyki, ale czasy kiedy mieszkałem w jednym pokoju już minęły, a ja sam znajduję się w kategorii “geek with family” :) Dlatego chcę sobie siedząc wygodnie na kanapie, oglądać filmy na plazmie lub rzutniku, nie trzymając nic na kolanach.
Niestety rok temu, nie było na rynku zbyt dużego wyboru odtwarzaczy, a te które były stały na tak zwanym “bleeding edge of technology”, co powoduje że były bardzo alfa-geekowate, czyli przypominające rozgrzebanego linuxa, lub desktopa wiecznie bez obudowy. A ja bardziej cenię sobie rozwiązania w stylu Maka – może nie aż tak bardzo “customizowalne”, ale płynne, ładne i łatwe w obsłudze. Starzeję się chyba :)
Dla mnie 8/10.
O LOSTach usłyszałem zaraz po ich premierze. Trudno było nie usłyszeć. Była jesień roku 2004, o Facebooku jeszcze nikt u nas nie słyszał, ekstrawertycy komunikowali się ze światem zewnętrznym poprzez opisy na GG. A na nich co chwilę widziałem coś o LOSTach. I tak chyba ze dwa lata. Nie byłem wtedy jeszcze prawdę mówiąc fanem seriali, oglądałem głównie filmy – mój wiekowy telewizor służył mi jako duży monitor, nie miałem ani tv satelitarnej, ani zwykłej.
Minęły prawie dwa lata kiedy zdecydowałem się – nie pamiętam już pod wpływem czego – na ściągnięcie pierwszego odcinka. Pracowałem wtedy z domu, więc w ramach kolejnej przerwy ściągnąłem go i odpaliłem. Pamiętam, że zafascynowało mnie już pierwsze ujęcie – bambusowy las widziany z góry. Akcja zaczęła się, ja patrzyłem w ekran. Aż w końcu po kolejnej minucie – zaraz po wciągnięciu kogoś do silnika samolotu – pomyślałem DOŚĆ! Poczekam na moją dziewczynę :) To jest zbyt fajne.

Każdy z nas zna to na pamięć. Bohater filmu podchodzi do komputera. Ikony wielkości dłoni, tak aby nie można się pomylić. W tym momencie rozlega się głośne “you’ve got mail!” i na ekranie (od razu) pojawia się mail. Times New Roman, 200 pikseli. Żeby było łatwiej przeczytać rzecz jasna. Mail oczywiście jest dowodem zdrady męża, ale zupełnie nie o tym chciałbym pisać.
Chciałbym napisać o interfejsach komputerowych w świecie rzeczywistości filmowej. Tej samej w której każdy upada od ciosy w tył głowy, w której Dobry zawsze zdejmuje kajdanki, a wybuch najwyżej przewraca bohatera na twarz. Ale o komputerach, o komputerach miałem pisać :) Ja wiem, że to wszystko ma uzasadnienie, że gdyby komputery wyglądały tak jak w rzeczywistości to wszystko byłoby nieczytelne, albo nudne, ale… pośmiać się przecież można! Tak więc ruszyłem szare komórki, uzupełniłem to wynikami szukania w necie i voilla! (more…)

Avatara oczywiście obejrzeć musiałem. Zapowiadana hucznie rewolucja 3D nie mogła przecież ominąć żadnego geeka. Choć nawet ja, choć z natury nie jestem zbyt cyniczny, szedłem do kina z kieszeniami pełnymi dystansu. Cóż może bowiem być aż tak rewolucyjnego, skoro technologia się nie zmienia? :)
Niestety IMAX jak na razie musiałem sobie podarować – w Genewie ani okolicach żadnego nie ma – no cóż, poczekam na powrót do Polski. Całe szczęście jednak wersję 3d można oglądać też w zwykłych kinach. Udało się więc zostawić Franka z będącą akurat u nas Babcią – i do kina! (more…)