Nie możemy o tym nie napisać. Od premiery iPada minęły już 24 godziny, a cały internet huczy od opinii. Głównie negatywnych rzecz jasna. No bo jak tu podniecać się czymś co jest paskudnym produktem marketingowym i wymysłem Steve’a Jobsa? Ano można :)
Artur Kurasiński napisał bardzo fajną, rzeczową notkę, ja jednak podejdę do tematu nieco inaczej. Chciałem ocenić tę nowość w trzech kategoriach, bo wydaje mi się że w opiniach mieszają się trzy różne sprawy. Po pierwsze sam show, po drugie idea tabletu jako takiego, po trzecie wreszcie iPad jako tablet.
Dziś Dzień Ochrony Danych Osobowych. Informuje o tym nawet GIODO, swoim specjalnym wyskakującym okienkiem. Wspaniale. GIODO – zupełnie jak Rzecznik Praw Obywatelskich powinien w końcu byc naszym sprzymierzeńcem. A czy jest nim tak samo mizernie jak wspomniany RPO?
Prawdę mówiąc nie wiem. I nie o tym konkretnie chciałbym pisać. Chciałbym zastanowić się generalnie nad całym zjawiskiem ochrony danych osobowych, strachem przed ich ujawnianiem i fobią narosłą wokół tematu. Może niektórych spraw po prostu nie rozumiem, jeśli tak – wyprowadźcie mnie z błędu.

Od mojej ostatniej notki na ten temat minęło już trochę czasu, a realia zmieniają się jak w kalejdoskopie, po raz kolejny więc wrócę do moich dylematów. Tym bardziej, że już rok 2010, czyli wreszcie koniec aresztu na mój poprzedni telefon. Umowa kończy się w maju, ale już miesiąc wcześniej będę mógł przeskoczyć do innego operatora, a już teraz wymienić telefon jeśli zdecyduję się na pozostanie w Orange.
Jak już pisałem ostatnio, do finału mojego procesu decyzyjnego przeszedł Iphone oraz jeden z telefonów na Androidzie. Jaki – tego nie wiem. To w końcu wada/zaleta tego systemu, do wyboru jest wiele, a i ciągle coś się pojawia. Windows Mobile z oczywistych względów odpada, o telefonach typu “funkcja robienia zdjęcia po wykryciu uśmiechu” nawet nie piszę. Blackberry i Palm też raczej mnie ominą. A więc co się zmieniło od listopada?

Chociaż na naszym blogu pisuję zazwyczaj po pracy, na tematy lekkie, łatwe i przyjemne, to tym razem postanowiłem odnieść się do notki Artura Kurasińskiego o Facebooku. Wcześniej pojawiło się na ten temat wiele dyskusji, choćby w komentarzach na interaktywnie.com, teraz sprawą zainteresowała się nawet Matka Agora. Więc jak to z nim jest? Hype czy nie hype? Bańka czy nie bańka? Z punktu widzenia marketera oczywiście.
Zanim jednak przejdę do tematu – mały dysklejmer. W wielu punktach będzie śmierdziało Captainem Obvious, ale czytając niektóre teksty zastanawiam się czy wszystko rzeczywiście jest tak oczywiste. Więc też o tym napiszę.

Przez nasz serwis znowu przemaszerowały 3 legiony wojsk rzymskich (15K users i rośnie) ze względu na WYKOOOOP K****! :] Od tego padł serwer – nauczka jest taka, że trzeba sprawdzać pluginy przed możliwą inwazją. Tym razem nawalił chyba Facebook Connect którego już wywaliłem.
Ale nie o tym (ani o tym, że w adsense z tych 15K kliknęły tylko 4 osoby :P) chciałem pisać. Już jakiś czas temu chciałem odpalić jakiegoś mikrobloga – w końcu moja praca polega w dużej mierze na śledzeniu tego co dzieje się w necie, więc wrzucam to i owo, głównie na Facebooka. Rzeczy które być może są za małe na oddzielną notkę. Ale wolę mieć miejsce specjalnie do tego przeznaczone. Odpaliliśmy więc mikrobloga – Skrawki Netu, postawionego na Tumblerze. Serwis zachwycił mnie – to jest moja definicja pięknego minimalizmu. I wspaniałych dużych czcionek :) Chętnych zapraszam na
http://netgeeks-pl.tumblr.com, można też śledzić najnowsze skrawki na sidebarze. A na górze dodałem drugi link RSS – właśnie do tumblra.