Uzależniacze

W sieci istnieje oczywiście wiele miejsc które odwiedzam często. Szczególnie dzisiaj, gdzie informacja jest rozsiana po blogach i różnych mniejszych i większych stronach, a wyszukiwanie nie stanowi problemu. Jest jednak kilka serwisów z których korzystam prawie codziennie – takich od których jestem właściwie uzależniony. Część z nich była i pewnie nadal jest na swój sposób rewolucyjna, chociaż Ameryki nie odkryję,  większość z was raczej korzysta z nich tak samo jak ja.

Ale to nie znaczy że nie mogę tego w pewien sposób podsumować :)

1. Google

Jakiś czas temu Google zaliczyło dość spory pad. Pamiętam że tego dnia uświadomiłem sobie jak kiepski byłby internet bez tego serwisu. Pamiętam czasy “przedgooglowe” Yahoo, Altavista. Czasem udawało się coś znaleźć, ale w większości przypadków było to żmudne polowanie. Kiedy kumpel pokazał mi Google, aż nie chciało mi się wierzyć że coś takiego może istnieć. Dziś nie chce mi się wierzyć że mogłoby nie istnieć. W dowolnej chwili przy surfowaniu po necie, chwilę po tym jak chcę coś znaleźć, wciskam CMD-T, wpisuję to o czym myślę i enter. Trwa to tylko nieco dłużej niż sama myśl. Google odpowie na prawie każde pytanie, trzeba je tylko umiejętnie skonstruować… Do tego oczywiście wszystkie Googlowe serwisy, choć oprócz Gmaila (któremu poświęcam oddzielny punkt) korzystam nałogowo chyba tylko z Google Translate. I oczywiście Google Readera, ale jego traktuję bardziej jako aplikację niż serwis.

2. Gmail

Czasy poczty elektronicznej dzielę na epokę before gmail i after gmail. Wcześniej uważałem, że korzystanie z webowego interfejsu mailowego jest do niczego – używałem programów pocztowych. Gdy w końcu dałem się namówić na gmaila, pozbyłem się większości kont w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Wątkowanie wiadomości, czy nieskończona w praktyce skrzynka odbiorcza (z błyskawicznym wyszukiwaniem) to coś genialnego. Yahoo (zresztą nie tylko w przypadku poczty elektronicznej) wydaje się przy nim strasznie kanciaste i oldskulowe.

3. Facebook

O tym uzależnieniu (chyba największym ze wszystkich) mógłbym napisać całe opasłe tomy. Dla mnie to zupełnie nowa jakość jeśli chodzi o komunikację internetową. Po pierwsza, o czym wspominałem już w notce “Facebookowo”, jest to dla mnie sieć jak najbardziej realna, a nie wirtualna. Sieć moich prawdziwych znajomych, których znam IRL. Po drugie zbudowanie serwisu wokół centralnego “feeda” jest rozwiązaniem genialnym – serwis żyje. Kiedy myślę o epoce web 1.0, widzę fora dyskusyjne, pełne nawiedzonych frustratów wylewających z siebie żale na różne dziwne tematy. Na Facebooku nie prowadzi się prawie w ogóle skomplikowanych dysput – są co prawda narzędzia na to pozwalające, ale nie są one dość dobre. Zresztą nie o to tutaj chodzi. Najważniejsze jest to, że tych frustratów nie widzę. Bo widzę tylko swoich znajomych i ewentualnie ich znajomych. Koniec. Dlatego serwis żyje o wiele bardziej niż taka Nasza Klasa (gdzie wszystko kręci się wokół wstawianych nowych zdjęć i coraz bardziej umierających for klasowych) i jest też bardziej urozmaicony niż minimalistyczne mikroblogi takie jak Blip, czy Twitter (których w ogóle nie trawię za brak możliwości realnego komentowania). Facebook po prostu jest ciągle odpalony w tle. A dla mnie jego wartością dodaną była możliwość ciągłego kontaktu ze znajomymi podczas mojego półtorarocznego exodusu do Szwajcarii. Facebook to trochę taka impreza – co chwilę podchodzisz gdzie indziej, niezobowiązująco pogadasz z jedną osobą, potem z inną, potem z kilkoma na raz. Obejrzysz zdjęcia, skomentujesz coś. Dla mnie, dopóki nie pojawi się coś równie rewolucyjnego, Facebook będzie potentatem w tej kwestii i długo jeszcze nic go nie zmiecie.

4. Wikipedia

Właściwie, oprócz specyficznych przypadków gdy potrzebuję konkretnej i ścisłej wiedzy, szukam informacji na Wikipedii. Pamiętam pierwsze protesty i rzesze przeciwników Wikipedii – nierzetelna, nieprofesjonalna, itp. Bo jak może działać encyklopedia tworzona przez masy? Okazuje się że może. Owszem jest tam wiele błędów, nieścisłości, czy subiektywnych opinii. Ale to jak z mrówkami ciągnącymi ogryzek – może i zawsze kilka mrówek ciągnie w losowych kierunkach, ale ogryzek jednak podąża w dobrym kierunku.

Jestem nie raz w szoku odnajdując zestawienia i opisy tak dziwnych rzeczy, że ze świecą szukać ich w oficjalnych leksykonach. Od gatunków chrząszczy, przez typy Fanty w różnych krajach świata, aż po dokładne opisy dialektów języka angielskiego w różnych regionach USA. Pamiętam, że kiedyś można było – ewentualnie – znaleźć coś na WIEM Onetu. Teraz mało jest takich rzeczy o których nie dowiem się z Wikipedii. Bez niej też byłoby mi ciężko.

5. Youtube

Youtube fascynuje mnie w ten sam sposób co Wikipedia. Można znaleźć na nim prawie wszystko. Dzięki niemu mogę odnaleźć teledysk do piosenki z dzieciństwa (o którego istnieniu nie miałem bladego pojęcia), puścić w ciągu kilku sekund dowolny kawałek disco-polo, czy zobaczyć reklamę. Dzisiejszą albo taką sprzed 20 lat. Samo chodzenia po podobnych filmach absorbuje mnie czasem na długi czas.

Owszem, trzeba przyznać że znajduje się tam sporo śmiecia i pod niektórymi względami wolę Vimeo, czy Dailymotion, jednak to właśnie ilość materiału jest tutaj niewątpliwym atutem.

6. IMDB

Właściwie nie ma możliwości, żebym nie zajrzał do tego serwisu przed obejrzeniem jakiegoś filmu, po jego obejrzeniu, czy nawet w trakcie jego oglądania. A jeśli tego nie robię, to tylko dlatego, że jest to film polski – wtedy korzystam z serwisu filmpolski.pl. Tu też mogę spędzić całe kwadranse dowiadując się o tym, że ten czy inny aktor pojawiał się w odcinkach jakiegoś serialu ładnych kilka lat temu, albo grał inną rolę trzecioplanową tu i ówdzie. Moja pamięć do twarzy nie daje mi nigdy spokoju gdy widzę osobę którą zobaczyłem w innym filmie – dzięki temu serwisowi męka skraca się do minimum :) Parę razy zdarzało sprawdzać to w kinie podczas seansu, na komórce. Nie muszę chyba dodawać, że ocena z IMDB jest właściwie oceną ostateczną i praktycznie nigdy się nie myli (w przeciwieństwie do na przykład Gazety Wyborczej która po premierze Matrixa dała mu bodajże 2/5 gwiazdek…).

7. Flickr

Flickr to chyba jedyny serwis Yahoo który bardzo lubię i który jest zdecydowanie lepszy od swojego Googlowego odpowiednika. O ile Picassę można nazwać jego odpowiednikiem.

Bo Flickr to właściwie taki fotograficzny social. Używam go tylko do wrzucania swoich zdjęć które mi się podobają (a nie prowadzenia regularnych galerii rodzinnych itp), a także do wyszukiwania zdjęć. Dlatego że pięknych zdjęć jest tam po prostu multum. Wyszukanie zdjęcia o danej tematyce jest sto razy efektywniejsze niż robienie tego za pomocą Google Image Search, od razu też widzimy rodzaj licencji zdjęcia. Ostatnio przestałem zupełnie korzystać z darmowego stocka sxc.hu, przerzuciłem się na Flickr i jest mi z tym bardzo dobrze.

Dodaj wiadomość do swoich ulubionych serwisów:
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Technorati
  • Blip
  • Co-Robie.pl
  • Flaker
  • Grono
  • LinkedIn
  • Polec.pl
  • Sfora.pl

Podobne posty:



Leave a Reply

blog comments powered by Disqus